Kategoria: DAC

  • Kable w Cyfrowym Audio: Praktyczny Przewodnik

    W audio cyfrowym kabel nie przenosi dźwięku – przenosi impulsy elektryczne lub pakiety danych reprezentujące informację cyfrową. Dopóki odbiornik poprawnie dekoduje te impulsy i odtwarza właściwe wartości próbek, dźwięk jest identyczny. Ale: fizyczne właściwości kabla wpływają na kształt impulsów i timing, co decyduje o tym, czy dane dotrą bez błędów.

    Trzy kluczowe czynniki:

    1. Tłumienie – im dłuższy kabel, tym słabszy sygnał (ogranicza długość)
    2. Impedancja – niedopasowanie = odbicia sygnału = jitter
    3. Jitter – drgania czasowe, które w przetwornikach C/A przekładają się na słyszalny szum
    (więcej…)
  • FiiO K13 R2R – entry level DAC dla dziadersów

    Albo: instrukcja obsługi dla dinozaurów, które przetrwały erę CD i nadal nie chcą wiedzieć, po co komu Delta-Sigma


    Drogi Panie Januszu – tak, mówię właśnie do Ciebie, tego od Philipsa CD-304 z lat 90 i Technics SL-1200 co robi za poodstawę pod kwiatek pod oknem. Do Ciebie, który na Alledrogo szuka „wzmacniacza lampowego jak kiedyś”, a na forach pisze „młodzież nie rozumie, że muzyka to nie technika, tylko dusza”.

    Mam dla Ciebie dobre wieści: świat odwrócił się do Ciebie tym razem może nie otworem. No, może nie do końca, ale wystarczająco bardzo, żebyś przestał czuć się jak chłop, który na imprezie millenialsów mówi „za moich czasów płyty się szanowało, nie te wasze mp3″.

    (więcej…)
  • 16-bit to za mało – serio?

    Trzymasz w ręku zwykłą kasetę magnetofonową. Ta sama, którą kiedyś przewijałeś ołówkiem, kiedy magnetofon ją „zżuł”. Tylko że ta akurat brzmi lepiej niż twoje płyty winylowe. I lepiej niż CD. I nie pogarsza się, choćbyś nagrał ją tysiąc razy.

    Brzmi jak science fiction? W 1982 roku – było.

    (więcej…)
  • Lumin T3: Machina do wymiany pieniędzy na Iluzję

    Jak wygląda anatomia przekrętu w Hi-0End audio na przykładzie?

    Na ekranie laptopa Macieja siedzi test Lumina T3. Pięknie sformatowany, z fotografiami eleganckiej czarnej obudowy, niebieskim wyświetlaczem, charakterystycznym designem. Czyta się go jak literaturę piękną: „Scena jest naprawdę obszerna”, „włączenie go to jak haust świeżego powietrza”, „rozmach i precyzja grania”. To nie jest pismo techniczne. To jest poeta opisujący doświadczenie religijne. I dokładnie to jest problemem.

    Przez ostatnich dwadzieścia lat obserwuję, jak audio przemienia się w kloakę absurdu. Nie zmienia się fizyka i rządzące prawa. Zmienia się sposób, w jaki fachowcy – a Maciej jest człowiekiem z doświadczeniem – komunikują się z audiofilami. Stało się tak, że każdy recenzent audio opowiadając o urządzeniu, które dostał do sprzedania, brzmi zawsze identycznie. Każdy pisze o przestrzeni, każdy o powietrzu, każdy o ciepłe, każdy o tym jak to gra dobrze. Nigdy o pomiarach. Nigdy o parametrach. Nigdy o rzeczywistości technicznej, która leży poniżej jak fundament każdej budowli.

    Lumin T3 kosztuje 23 800 złotych. To jest cena niemal monitora studyjnego z najwyższej półki. To jest cena odtwarzacza CD klasy hi-end, genialnego DACa i kilku świetnych wzmacniaczy połączonych razem. To jest cena, którą zapłacisz za jeden najlepszych procesorów DSP na rynku. Za tę cenę możesz mieć streamer sieciowy, DAC, porządny procesor audio i jeszcze ci zostanie na wakacje. Ale zamiast tego masz pudełko, w którym – jeśli przejrzysz karty techniczne – siedzi elektronika, którą można zamówić z Aliexpresu za kilka stów.

    Zanim zacznę, muszę powiedzieć coś ważnego: nie jest to atak na Macieja. Jest to atak na system, w którym go do tego zmusza. System, który każdego recenzenta zmusza do wyboru między uczciwością a dostępem do sprzętu. Każdy z nas stoi przed takim wyborem i każdy ma prawo na swoje wybory. Ale kiedy te wybory dotyczą tego, jak ludzie inwestują swoje pieniądze – wtedy uczciwość staje się kwestią moralną.

    Bartosz zadał pytanie, które może nie było zbyt mądre, zbyt precyzyjne, zbyt wygodne. Pytanie, które doskonale pozwoliło Maciejowi na promocję konkretnego produktu poprzez osobisty przykład.

    Obraz

    Co mamy? Konto bez avatara, pytanie zbudowane tak, by prowokować konkretna odpowiedź, brak komentarzy krytycznych pod wątkiem. Niektórzy powiedzą że to jest paranoja. Ale kiedy przejrzysz sto takich wątków z różnymi recenzentami w różnych grupach, a każdy wygląda dokładnie tak samo, paranoja przestaje być paranoją i zaczyna być obserwacją pewnego mechanizmu.

    To nie jest nawet o tym, czy Bartosz rzeczywiście istnieje, czy siedzi w biurze obok Macieja i sobie klepią te brednie radośnie dotykając pisiorami pod biurkiem. To jest o tym, że system tak sobie funkcjonuje od lat na forach i grupach i już na serio jest nieistotne czy rozmowa jest spontaniczna czy zaplanowana. Efekt jest zawsze taki sam. Audiofil (czyt. randomowy nieogar) czyta wątek, widzi konkretną markę, myśli że ma dobrą prasę, a tymczasem trafił na doskonały przykład marketingu szeptanego opakowanego w pozory.

    Ale pójdźmy głębiej. Przejdźmy do fizyki, która opisuje wszechświat, do rzeczywistości technicznej, do tego, co naprawdę siedzi w Luminie T3 i dlaczego koszt produkcji to nie jest 23 800 złotych, tylko dosłownie promil tej kwoty.

    Lumin T3 to streamer sieciowy z wbudowanym przetwornikiem cyfrowo-analogowym. Brzmi nowocześnie. Brzmi skomplikowanie. Brzmi jak coś, co powinno kosztować 24 tysiące. Ale spójrz na to z innej strony – co dostajesz?

    Streamer to w zasadzie komputer. Miniaturowy komputer, ale komputer. DAC to integrator krzemowy – w tym wypadku tani jak barszcz i nie najnowszy zwykły scalak ES9028Pro, który można kupić na każdym portalu elektronicznym za 80 dolarów za sztukę w detalu. Całe urządzenie to układ kilku chipów, zasilacz impulsowy oczywiście i prosta obudowa z CNC. To jest technologia, którą opanował człowiek na tyle dobrze, że na każdym kroku czai się konkurencja. Dla każdego elementu. Dla każdego kawałka elektroniki jest odpowiednik w realnym świeciei ceny są możliwe do porównania.

    BOM – Bill of Materials – to termin, który producenci audio nigdy nie wymówią. Dlaczego? Ponieważ BOM Lumina T3 to może 400 a może 600 dolców. To jest czysty koszt części, montażu, testów. Na produkcji taka Lumina – może to być krótka seria 500 do 1000 urządzeń rocznie – koszty stałe amortyzuje się szybko. Po tym wszystkim, po całej produkcji, test, certyfikacja, marża producenta, transport do Europy, marża importera, marża dystrybutora – urządzenie powinno kosztować około 5 do 7 tysięcy złotych w porywach. To by była jeszcze w miarę uczciwa „hiendowa”marża dla każdego w łańcuchu dostaw. To by była cena, którą byś zapłacił, gdyby system był przejrzysty.

    Ale system nie jest przejrzysty. System wie, że audiofil nie ma pojęcia o co pytać. Audiofil słucha. Audiofil czyta o tym jak Maciek albo inny marketingowiec pisze jak używa urządzenia i myśli że jeśli to robi recenzent, to musi być dobre. Audiofil nie pyta ile to kosztuje producenta. Audiofil nie pytam ile marży zarabia Lumin, ile zarabia importer, ile zabiera Audio Atelier. Audiofil nie bada przecież tego co jest w środku. Audiofil nie robi blind testu. Audiofil po prostu jest – czyta bezkrytycznie komentarz na Facebooku, widzi konkretny model, myśli że wie wszystko i idzie kupować.

    Teraz będzie najzabawniejsze…

    Gdybyś, zamiast takiego Lumina na okrojonym procku, miał komputer za 100 złotych – zwykły laptop, stary, wytargany z szafy ale działający – i zainstalował na nim Roon Server albo HQPlayer, AIMP, Foobar, cokolwiek co potrafi w ASIO, mógłbyś mieć dokładnie takie same możliwości co Lumin, ale byś był pewien standardów jakie Twój sprzęt spełnia. Byś miał sterownik głośności – dużo lepszy niż ten w Luminie. Byś miał dostęp do wszystkich serwisów streamingowych bez pośredników zamkniętego oprogramowania firmowego zaszytego w Luminie. Byś miał możliwość upsamplingu. Byś miał możliwość bezpośredniego połączenia z DOWOLNYM DAC-em przez USB. I byś wiedział – dokładnie wiedział – że sygnał, który wysyłasz do DAC jest bitperfekt – taki szczegół. Nie było by żadnych wątpliwości co do obróbki sygnału wewnątrz urządzenia. Po drugiej stronie kabelka USB byś miał albo bieda DAC z ES9028Pro za 80 dolarów, zasilany czystą mocą z regulowanego zasilacza za 30 dolarów. Zmieścił byś się pewnie w tysiacu złotych alvbo zaszalał na lepszym kompie za 500zł i kupił najnowszy DAC jaki jest na rynku teraz. Więcej funkcjonalności. Więcej kontroli. Więcej wszystkiego.

    W Luminie T3 tego nie masz. Nie masz specyfikacji jak wygląda dekodowanie streamingu. Nie masz informacji czy sygnał rzeczywiście jest bitperfekt, bo o tym nawet nie wspominają, czy gdzie po drodze dochodzi do przetworzenia, reclocka, kompresji sygnału, bo dlaczego nie. Nie masz przejrzystości co do algorytmów jakie są zaszyte w urządzeniu. To, co masz, to ascetyczna obudowa, która ma pasować do mebli z Ikei i obietnica że jeśli to kupił recenzent, to pewnie musi być dobre, bo właśnie tak napisał i internet to wytrzymał.

    I tu właśnie leży sedno oszustwa, które dotyka całego segmentu audio. Oszustwo polegające na tym, że wysokie ceny są usprawiedliwiane nie technologią, bo takie streamery są tanie, ale marketingiem. Oszustwo polegające na tym, że producenci audio nauczyli recenzentów pisać o uczuciach zamiast o faktach. Oszustwo polegające na tym, że każdy w łańcuchu zaopatrzenia zarabia szalone marże, dopóki audiofil nie pyta.

    Maciej pisze: „używam LUMIN T3, który ma znakomitą regulację głośności”. Nie pisze ile ta regulacja kosztuje producenta. Nie pisze że to jest zwykła płytka z algorytmem upsamplingu, którą każdy producent DAC-ów posiada od dekad i nie używa, bo sa nowsze i lepsze. Nie pisze że tego samego algorytmu używa Metronome, Soulution, że kod jest publicznie znany od lat. Pisze że ma znakomitą regulację i koniec. Słowo 'znakomita’ to słowo wytrych pozbawione jakiegokolwiek znaczenia technicznego. To nie jest uczciwe podejście do sprawy.

    Potem pisze że dobry przedwzmacniacz kosztuje 12 do 15 tysięcy złotych. To też jest kłamstwo przez pominięcie. Na rynku można kupić profesjonalny przedwzmacniacz od RME za 3500 złotych, który ma lepsze parametry techniczne niż Lumin T3 i na RME robi się to co potem, po przetworzeniu i kompresji można słuchać na streamerze dopiero w wersji okrojonej. Można kupić Topping D90 za 2500 złotych, który obsługuje każdy format, każdy protokół, i ma opublikowane pomiary. Ale Maciej o tym nie pisze. Pisze że dobry pre to 12 do 15 tysięcy, co sprawia że Lumin T3 za 23 800 wyglądają racjonalnie w jego bańce. To jest klasyczna zagrywka z kotwicą cenową, bo przecież tańsze jest automatycznie gorsze.

    I rzeczywiście – każdy w systemie zarabia na tym. Lumin zarabia krocie na każdej sztuce. Importer zarabia drugie tyle. Ale za to dystrybutor/sklep bierze najwięcej. A recenzent? Recenzent zarabia dostęp do sprzętu, który często dostaje „gratis” a potem sprzedaje po cichu dla grupy znajomków, którzy go subskrybują albo wprost wspierają na „kawę” albo na Patronite. Zarabia możliwość powiedzenia publiczności że używa tego konkretnego produktu. To jest dla niego taka sama maszynka do bicia kasy. Jeśli mówi że używa Lumina, to znaczy że ma w tym interes, bo taki sprzęt się nie broni na żadnym innym polu w realnym świecie.

    Nie broni się, bo nie ma grama informacji na temat czy sygnał wyjściowy jest rzeczywiście bitperfekt. Nie broni, bo nie ma parametrów technicznych, które są opomiarowane, bo kiedy się to zmierzy wychodzi na jak, że Lumin T3 nie ma nic wspólnego z najlepszymi urządzeniami w tej kategorii. Ma może 'ładną’ obudowę, która pasowała by do Norweskiego więzienia w którym siedzi Andreas Brevik, ale to za mało żeby motywować koszt. Ma autorskie oprogramowanie pisane od zera? Ma reputację marki? I ma cenę na którą sobie pozwala tylko dlatego, że audiofil nie pyta.

    Bartosz – czy rzeczywisty, czy fikcyjny – zadał pytanie które pozwoliło Maciejowi na promocję produktu poprzez osobisty przykład. Najskuteczniejsza forma marketingu szeptanego wzmocniona socjalami. Nie jest reklamą, bo wygląda jak rada. Nie jest opinią recenzenta, bo wygląda jak dzielenie się doświadczeniem. Ale efekt jest zawsze ten sam. Chłop czyta, słyszy konkretną markę, konkretny model, konkretną rekomendację. I mu się wydaje, że to dobre.

    Tymczasem – jeśli byś chciał rzeczywiście dobrego audiofilskiego transportu za ułamek ceny – byś brał dowolnego peceta, instalował Roon Server, łączył go z dowolnym DAC, który ma ASIO po USB, i miał dokładnie to samo co Lumin tylko lepiej pod kazdym mierzalnym wzgledem. Tym bardziej lepiej, że byś wiedział dokładnie co się dzieje z sygnałem. Nie byś miał wątpliwości. Nie byś kupował w ciemno. Byś miał kontrolę nak dazdym aspektem od algorytmów dekodujących plik/stream (odtwarzacz) po oprogramowanie sterownika i algorytmy które odpowiadają za dostarczenie próbki na DAC bez strat 1:1 czyt. bitperfect.

    Ale ta kontrola jest niebezpieczna dla systemu. Jeśli audiofile pozna prawdę – że można mieć dobrą elektronikę za ułamek ceny – to system się zawali. Dlatego recenzenci nie piszą o tym. Dlatego w grupach Facebook nie ma dyskusji o tym czy naprawdę trzeba 23 800 złotych. Dlatego każdy artykuł o Luminie T3 czyta się jak oda do rozrzutnika gnoju, a nie jak analiza techniczna. Bo gdyby było to analiza techniczna, wszyscy by widzieli że to jest oszustwo.

    Ale to nie jest oszustwo w sensie kryminalnym. Producent sprzedaje to co sprzedaje. Recenzent pisze co pisze. Dystrybutor i sklep trzepie swoją marżę. Nikt nikogo nie okłamuje bezpośrednio – oni po prostu nie podają faktów. To jest jeszcze gorsza forma oszustwa. To jest oszustwo przez kształtowanie percepcji. To jest oszustwo przez pominięcie. Wszyscy wiedzą że system działa tak, jak działa. I wszyscy czerpią z tego zysk. A audiofile? Audiofile płacą za iluzję, bo wiedzą, że jeśli płaci się dużo, to musi być dobre.

    Kończąc już tę nierówną walkę…

    Najgorsza jest świadomość, że to działa. Ludzie kupują, bo recenzenci piszą. Grupy Facebook składają się z ludzi, którzy kupili i teraz muszą wierzyć że dobrze wybrali. System się zamyka. Audiofile, który zapłacił 24 tysiące za szmelc o jakosci i funkcjonalności streamera za stówkę z dopiętym tanim przetwornikiem, będzie bronił Lumina zaciekle, bo alternatywa – przyznanie że dał się wyrolować jak dziecko – jest dla niego nie do zaakceptowania. To jest psychologia, która bazuje na słabości informacyjnej i intelektualnej.

    Kiedy ktoś pyta czy to jest warte 24 tysiące złotych – odpowiedź brzmi: nie, jeśli chcesz dobry dźwięk. Jeśli chcesz dobrą obudowę butikową i markę – spoko. Ale to już inna rozmowa. To rozmowa o tym co kupujesz, a wydaje się że audiofil nigdy sobie nie wyjaśnia co właściwie kupuje. Myśli czasem, że kupuje najwyższej jakości dźwięk tymczasem dostaje etykietę i wewnątrz przestarzałe komponenty.

    Bartosz miał niesamowite szczęście. Zadał pytanie, które trafiło w objęcia na recenzenta, który miał właśnie czas i coś do promocji. Tego dnia tam był, siedział i czekał jak Murena Denna na swoją ofiarę.

    Ale dzisiaj dostał dokładnie to, czego system potrzebował. I to jest niezbity dowód na to jak ten system działa. Nie trzeba tu żadnych teorii. Nie trzeba tu nikomu przypisywać złych intencji. Wystarczy zrozumieć że każdy zainteresowany jednostka – producent, importer, dystrybutor, recenzent – ma interes w tym aby ceny były wysokie, jak najwyższe aby audiofil nie miał żadnej wiedzy i pytał, aby system funkcjonował jak dotąd.

    Lumin T3 to oszustwo, które się legalizuje poprzez marketing i cenę. Im droższe, tym bardziej musi być dobre – to jest psychologia która ma tyle lat co handel. I ta psychologia działa niezawodnie. Każdy dzień. Każdy kolejny wątek/rolka na Facebooku. Każdy test napisany przez marketingowca czyli współczesnego handlarza. System kręci się dzięki temu nioeustannie, przekuwając naiwność i energię ludzi w marże dla każdego, kto zna zasady gry.

  • Elegancka śmierć hi-fi, czyli o tym, jak chiński pendrive wypowiedział wojnę złudzeniom

    Siedzę przed ekranem komputera, który – pozwól, że to powiem – kosztuje więcej niż moja świadomość jest warta. Przed sobą mam również urządzenie audiofilskie o cenie zbliżonej do miesięcznego czynszu. Urządzenie, które wciąż uważałem za wyznacznik jakości, dowód moich gustów, talizman przeciw podejrzeniom o głuchości. I nagle pojawia się na mailu oferta wyprzedaży – chiński pendrive za 48 dolców.

    Tak, to już drugi bonus do tego

    Brzmi jak początek antyreklamówki, ale to początek zeznań.

    Kiedy Pani Fizyka wchodzi do sali rozpraw z marketingiem

    Moondrop – producent słuchawek inspirowanych mangą, czyli dokładnie taki typ firmy, którą w naszym świecie najchętniej ignorowaliśmy – opakował dwa chipy CS43198 w plastik i puścił w świat. Pendrive. Wielkości zapalniczki. 48 dolarów.

    Specyfikacja czyta się jak żart:

    • 132 dB dynamiki
    • 0.00014% zniekształceń
    • 8-pasmowy parametryczny equalizer
    • Aplikacja do DSP wysokiej precyzji, która zapisuje konfigurację wewnątrz urządzenia i może zasymulować dowolne brzmienie

    Błażej chciał porównać z RME, które miałem nadzieję, że będzie moje „foreva”, ma/posiada:

    • 120 dB dynamiki
    • 0.0001% zniekształceń
    • 5-pasmowy EQ

    To jest 23:1. Stosunek ceny do praktycznej przewagi. Albo raczej do jej braku.

    Czuję się oszukany? Czuję się głupi? No nie…

    Eversolo. Czyli 1980 dolarów za…

    Mój kolega – i muszę to powiedzieć ostrożnie, żeby nie zranić – zarabia tak, że pozwala sobie na Eversolo DMP-A8. Elegant, minimalistycznie złośliwy, napędzany Androidem (lol), stworzony dla ludzi, którzy nie mogą zdecydować, czy są zwolennikami hi-fi czy tabletów.

    Brzmi pięknie – przepraszam, wygląda… pięknie. 5 kilogramów aluminium aviation-grade, nagrody EISA (można zamówić se w necie), ekran dotykowy, dostęp do Tidala i Qobusza. Jedna z tych rzeczy, którą pokazuje się gościom i mówi: „To streamer”. Gość kiwa głową, nie bardzo wiedząc, co to oznacza, ale domyśla się, że to drogo.

    Specyfikacja? 128 dB dynamiki.

    Mniej. Niż pendrive za 48 dolarów.

    W tym momencie dzwonię do niego:

    – Słuchaj, za różnicę między twoim streamerem a tym pendrivem…

    – No?

    – …możesz kupić gaming PC z RTX 4070 Ti.

    – I co z tego?

    – Który będzie lepszym streamerem. Plus pograsz se w Cyberśmiecia na ultra.

    Rozłącza się.

    Ekonomia

    Siadam nad arkuszem i liczę. To bardziej przydatne niż słuchanie.

    Eversolo za 1980 dolarów oferuje:

    • Streamowanie Tidala (laptop za 100 złotych to robi)
    • Ekran dotykowy (każdy tablet za 100 to robi)
    • Przedwzmacniacz (DAWN PRO 2 ma/posiada – 4.1 Vrms)
    • Piękną obudowę z aluminium (laptop wygląda gorzej, ale są ładne laptopiczki)
    • Androidowy interfejs… ech.

    Czyli płacę 1980 dolarów za:

    • Unikanie zakupu laptopa
    • Меtal z certyfikatem
    • Prestiż na półce

    RME za 1100 dolarów daje:

    • 5 pasm equalizera zamiast 8 (przegryw)
    • 7V output zamiast 4.1V (potrzebne dla 0.1% urządzeń studyjnych)
    • Niemiecki certyfikat pochodzenia (OK – praca cię uwolni)
    • Pilot (telefon też może być pilotem)
    • Dwa wyjścia słuchawkowe (remis!)

    Czyli płacę 1100 dolarów za:

    • Spokój ducha nazywany „niemiecką jakością”
    • Pilot
    • Możliwość słuchania na dwóch słuchawkach, gdy rodzina nie chce mnie słuchać

    Eee…

    Granice technologii i granice słuchu

    132 decybele dynamiki to więcej, niż ucho człowieka może rozróżnić między szeptem a startem myśliwca. W żadnych okolicznościach. Pod żadnym pretekstem. Nawet jeśli będziesz słuchał przez najdroższe słuchawki, które mogą być referencyjne dla nartników.

    0.00014% zniekształceń to poziom, przy którym kwantowy szum atomów w przewodzie jest głośniejszy niż sama konstrukcja.

    8-pasmowy parametryczny equalizer w domenie cyfrowej, przed konwersją D/A, pracujący na 32 bitach, to narzędzie lepsze niż studia nagraniowe miały jeszcze przed chwilą. W pudełku za 48 dolarów.

    Technologia osiągnęła punkt zwrotny chyba.

    Przyszłość kosztuje mniej

    RME będzie jutro na OLX. Będzie opisany: „Stan idealny, nigdy nie słuchałem dostatecznie uważnie”. To będzie czyste kłamstwo. Słuchałem bardzo uważnie. Właśnie dlatego wiem, że szału nie ma.

    Kolega z Eversolo będzie twierdził, że jego streamer „brzmi lepiej”. Że „streamowanie z dedykowanego urządzenia ma inną jakość”. Że „laptop wprowadza zakłócenia”.

    Ma rację w jednym: jego Eversolo wygląda lepiej – jego zdaniem.

    Czy to jest warte 1980 dolarów?

    Dla niego – może. To jego pieniądze, jego złudzenie, jego prawo do bycia oszukanym. Dla mnie?

    Preferuję peceta, DAWN PRO 2 i 1900 dolarów w kieszeni.

    Koniec i początek

    To jest koniec jednej ery. Moment, gdy marketing kapituluje przed fizyką. Gdy prestiż jest tańszy niż obojętność. Gdy świadomość konsumencka wrzeszczy: „Dosyć już tej religii!”.

    Za 48 dolarów.

    8 90647549 9385 4058 8230 6f092513f8f4

    Werdykt bez litości

    RME: 6/10 – Stracił główną przewagę. Zostaje prestiż i 7V dla garstki przypadków w studio.

    Eversolo: 5/10 – Piękny, drogi, zbędny. Za różnicę w cenie macie peceta który zrobi to samo, lepiej, plus tysiąc innych rzeczy.

    DAWN PRO 2: 11/10 – Koniec epoki. Za 48 USD demoluje urządzenia za tysiące.

    Witajcie w przyszłości. Nie jest taka droga, jak wam ktoś powiedział.


    P.S. Właśnie zamawiamy kolejnego pendraka…

  • Czy ten pendrive może wysterować prawdziwy wzmacniacz?

    BONUS do: DAWN PRO 2 za 48 dolców – skandal technologiczny naszych czasów

    Czyli o tym, jak urządzenie za $48 może zastąpić Hi-Endowy przetwornik za miliony

    Proszę państwa, pojawia się pytanie fundamentalne: czy to gówno może posłużyć jako pełnoprawny przetwornik do stacjonarnego systemu audio? Czy można je podłączyć to do wzmacniacza zintegrowanego, przedwzmacniacza, aktywnych kolumn studyjnych – i czy wysteruje końcówkę mocy odpowiednio?

    Odpowiedź brzmi: TAK, I TO JESZCZE JAK! (jak mawiał JP2)

    Matematyka, która nie boli

    DAWN PRO 2 dostarcza maksymalnie 4.1 Vrms na wyjściu równoległym 4.4mm. To napięcie, które w świecie audio profesjonalnego jest absolutnie wystarczające żeby zagrać koncert.

    Zobaczmy, co to oznacza w praktyce:

    Standard Line Level (wejście liniowe):

    Consumer audio (RCA):

    • Nominalny poziom: -10 dBV (około 0.316 Vrms)
    • Maksymalny poziom: zazwyczaj do 2 Vrms
    • DAWN PRO 2 dostarcza 4.1 Vrms = +12.3 dBV
    • Rezerwa wysterowania: ponad 13-krotna!

    Professional audio (XLR):

    • Nominalny poziom: +4 dBu (około 1.228 Vrms)
    • Maksymalny poziom operacyjny: zwykle do 2-4 Vrms
    • DAWN PRO 2 dostarcza 4.1 Vrms i nara
    • Rezerwa wysterowania: obecna

    Co to znaczy w rzeczywistości?

    Oznacza to, że DAWN PRO 2 może bez problemu wysterować:

    1. Każdy wzmacniacz zintegrowany z wejściem RCA – będzie miał ogromną rezerwę „gaina” i wysteruje wszystko.
    2. Każdy przedwzmacniacz – od tanich konstrukcji po flagowce za dziesiątki tysięcy wszystko będzie nakarmione sygnałem po kokardę
    3. Aktywne monitory studyjne – od małych Geneleców po masywne ATC i PMC – ogień!
    4. Profesjonalne końcówki mocy – z czułością wejściową od 0.5V do 2V (praktycznie wszystkie na rynku)

    Porównanie z dedykowanymi przetwornikami

    Dla kontrastu, zobaczmy co oferują drogie, stacjonarne przetworniki:

    RME ADI-2 DAC FS (1100 USD):

    • Wyjście liniowe: do 7 Vrms (XLR)
    • Przewaga: 1.7×, ale czy potrzebna?

    Chord Qutest (1900 USD):

    • Wyjście liniowe: 3 Vrms (RCA)
    • DAWN PRO 2 ma więcej

    Cambridge Audio DacMagic 200M (500 USD):

    • Wyjście liniowe: 2.1 Vrms (RCA)
    • DAWN PRO 2 bije go na głowę jeśli chodzi o preamp

    Topping D90SE (900 USD):

    • Wyjście liniowe: 4.0 Vrms (XLR)
    • Praktycznie identycznie

    Impedancja wyjściowa – ukryty czort

    Ale Stefan – zapytają sceptycy – a co z impedancją wyjściową? Czy ten pendrive ma odpowiednio niską impedancję, żeby nie „kolorować” brzmienia?

    Muszę jednych zmartwić a innych pocieszyć: CS43198 ma wyjście o impedancji poniżej 1 Ω (typowo 0.1-0.5 Ω). To jest wybitnie niska wartość, niższa niż w większości dedykowanych przetworników.

    Dla porównania:

    • Standard hi-fi: poniżej 100 Ω (akceptowalne)
    • Standard pro audio: poniżej 10 Ω (bardzo dobre)
    • DAWN PRO 2: poniżej 1 Ω (masakra to jest)

    Jaki kabel i jak podłączyć?

    Tutaj zaczyna się lekki problem techniczny. DAWN PRO 2 ma wyjście 4.4mm Pentaconn. To nie jest standardowe XLR ani RCA ale od czego macie lutownicę albo chińczyka?

    Potrzebny będzie adapter:

    • 4.4mm Pentaconn → 2× XLR (male) – dla sprzętu z wejściem symetrycznym
    • 4.4mm Pentaconn → 2× RCA – dla zwykłego sprzętu konsumenckiego

    Koszt przyzwoitego kabla: 15-50 USD. Wciąż jesteśmy w granicach ekonomicznego absurdu.

    Ekonomiczny absurd podwojony

    Podsumujmy ten absurd:

    Przetwornik za 48 USD:

    • Może zastąpić DAC za 2000 USD: tak
    • Może wysterować wzmacniacz za 10000 USD: tak
    • Może zasilić monitory studyjne za 5000 USD: tak
    • Ma lepsze parametry niż większość rynku: tak

    Pytanie retoryczne: Po co płacić więcej?

    Odpowiedź uczciwa: Bo duże pudełko z aluminium, lampkami LED i wyświetlaczem OLED wygląda lepiej na półce. Bo psychologia. Bo status. Bo romantyzm. Bo głupota czysta.

    Na pewno nie dlatego, że zabrzmi lepiej. Bo nie brzmi.

    Finałowy werdykt

    DAWN PRO 2 to nie tylko przetwornik słuchawkowy. To pełnoprawny DAC liniowy, który może stanąć jak kość w gardle firmom sprzedającym przetworniki za miliony monet.

    4.1 Vrms to więcej niż wystarczająco. To więcej niż większość profesjonalnego sprzętu wymaga. To poziom sygnału, który pozwala napędzić praktycznie każdy wzmacniacz, każdy monitor, każdy system.

    Za 48 dolarów macie przetwornik, który nie ustępuje konstrukcjom za 50, 100, 200 razy więcej.

    To nie jest hiperbola. To nie jest chiński marketing. To jest brutalna prawda technologicznego postępu.

    I to jest skandal, z którego się cieszę.

    Pozdrawiam

    P.S. Tak, to jest to samo:

  • DAWN PRO 2 za 48 dolców – skandal technologiczny naszych czasów

    Proszę państwa, stało się coś absolutnie nieprzyzwoitego. Moondrop wypuścił na rynek urządzenie, które kosztuje mniej niż przyzwoity obiad w warszawskiej restauracji, a gra jak sprzęt za kilkadziesiąt tysięcy złotych. To jest obsceniczne. To jest wstrętne. I to jest najwspanialsze, co przydarzyło się audiofilom od dziesięcioleci.

    Dwa chipy CS43198 – i tu zaczyna się rewolucja

    Zacznijmy od faktów. W tym maleńkim pudełeczku siedzi para przetworników CS43198 – każdy jeden na osobny kanał. To rozwiązanie, które jeszcze dekadę temu było domeną referencyjnych przetworników za cenę małego samochodu.

    Weźmy dla kontrastu dCS Vivaldi DAC – flagową konstrukcję brytyjską za 115 tysięcy dolarów. Tak, dobrze państwo słyszeli: sto piętnaście tysięcy. Ma on 24-bitową konwersję Ring DAC i dynamikę około 120-125 dB.

    DAWN PRO 2 ma 132 dB dynamiki i THD+N na poziomie 0.00014%.

    Pozwólcie, że to powtórzę dla tych z tyłu sali: urządzenie za czterdzieści osiem dolarów ma lepsze parametry pomiarowe niż przetwornik za sto piętnaście tysięcy.

    Porównania, które bolą

    Weźmy jeszcze kilka świętości z audiofilskiego Olimpu:

    Chord Hugo TT2 (około 4500 USD):

    • Dynamika: ~126 dB
    • THD+N: ~0.0001%
    • FPGA z milionem tap-ów filtra
    • Cena: 94× droższa od DAWN PRO 2

    RME ADI-2 DAC FS (około 1100 USD):

    • Dynamika: ~120 dB
    • THD+N: ~0.0001%
    • Studyjny standard referencyjny
    • Cena: 23× droższa

    ESS ES9038PRO (topowy chip w wielu flagowcach):

    • Dynamika: ~129 dB
    • THD+N: ~0.00009%
    • Używany w przetwornikach za 5000-15000 USD

    A tu mamy podwójny CS43198 w konstrukcji za mniej niż dwie pizze z dostawą.

    Co się właściwie stało?

    Stało się to, z czego audiofile nie przypuszczali: technologia dogoniła mistykę.

    Kiedyś różnice w jakości konwersji były słyszalne. Przetwornik za 100 dolarów grał jak puszka po konserwach, za 1000 – przyzwoicie, za 10000 – wyśmienicie. Teraz? Fizyczne granice zostały osiągnięte.

    132 dB dynamiki to więcej, niż ucho ludzkie może rozróżnić w jakichkolwiek warunkach odsłuchowych. THD+N na poziomie 0.00014% jest poniżej progu słyszalności – moglibyście mieć zniekształcenia dziesięć razy większe i nadal byście ich nie słyszeli.

    Ale przecież drogie musi grać lepiej – tak?

    Och, jak bardzo chciałbym państwu powiedzieć, że tak. Że te złote potencjometry, aluminiowe obudowy, transformatory toroidalne wielkości bochenka chleba i lampy świecące ciepłym blaskiem robią różnicę.

    Czasem robią. Ale nie w pomiarach na pewno. W realnym świecie ten scalak miażdży większość rynku.

    Gdzie więc leży różnica?

    1. Moc wyjściowa – tutaj drogie wzmacniacze wciąż wygrywają. Ale 124 mW na stronę przy 16Ω to wystarczająco dużo dla 95% słuchawek i na pewno napędzą każde IEMy
    2. Sekcja zasilania – baterie i superkondensatory dają ciszę niedoścignioną dla USB. Ale… DAWN PRO 2 i tak ma czarne tło
    3. Implementacja – topowe układy mają dedykowane oscylatory, izolację galwaniczną, wielowarstwowe PCB. To ma znaczenie… teoretycznie
    4. Psychologia – urządzenie za 10000 USD musi grać lepiej, bo inaczej jesteśmy przecież idiotami co się nie znają

    Technologiczna prawda

    Oto brutalna prawda: soft-DAC z wbudowanym DSP wysokiej precyzji to najbardziej zaawansowane audio, jakie ludzkość kiedykolwiek stworzyła.

    Dlaczego?

    • Zero analogowej degradacji – głośność regulowana cyfrowo, przed konwersją
    • Idealna separacja kanałów – każdy kanał ma własny przetwornik
    • Precyzja niemożliwa w analogu – DSP ma 32-bitową rozdzielczość wewnętrzną
    • Powtarzalność – każde urządzenie brzmi identycznie, zero tolerancji komponentów

    To nie jest „prawie tak dobrze jak drogie urządzenia”. To jest lepiej. W każdym wymiernym aspekcie i masz pełną kontrolę brzmienia na poziomie przetwornika, a nie już po konwersji.

    Ale Stefan, przecież Chord brzmi inaczej!

    Oczywiście, że brzmi inaczej. I dCS brzmi inaczej. I Schiit Yggdrasil brzmi inaczej. Wszystko brzmi inaczej, a tu macie jeszcze technologię nie do końca ogarniętą przez „geeków” z ASR także z tym sterowaniem nie będzie na początku łatwo na pewno.

    Poza tym to nie jest kwestia lepiej czy gorzej. To jest kwestia kolorowania. Te urządzenia mają swój charakter dźwiękowy – dodają harmoniczne, subtelnie zmieniają fazę, mają swoje filtry rekonstrukcyjne.

    DAWN PRO 2 jest neutralny. Alarmująco, nudnie, wspaniale neutralny.

    Gra dokładnie to, co jest w nagraniu. Jeśli nagranie jest wyśmienite – usłyszycie raj. Jeśli jest kiepskie – usłyszycie wszystkie grzechy inżyniera dźwięku.

    Cena 47.99 USD w promce – obsceniczny dowód postępu

    To jest ekonomiczny absurd i technologiczna katharsis.

    Firma Moondrop wzięła układ za kilka dolarów, dodała złącze USB-C, kabelek, obudowę i sprzedaje to z zyskiem za niecałe 50 USD.

    Jeszcze dziesięć lat temu ta sama jakość dźwięku kosztowała tysiące. Pięć lat temu – setki tysięcy. Teraz? To cena obiadu.

    Werdykt

    Ten przetwornik to koniec pewnej epoki. Koniec czasów, gdy jakość była proporcjonalna do ceny. Koniec mitów o „ciepłych lampach” i „muzykalnych przetwornikach”.

    To jest referencja za cenę zupki w Hiltonie. To jest studio nagraniowe w kieszeni. To jest technologiczny nokaut wszelkich audiofilskich zabobonów.

    Czy brzmi „lepiej” niż dCS Vivaldi? A co znaczy to „lepiej”?. Vivaldi ma swoją „magię”, swój charakter, swoją nazwę (i transformator kilka razy większy niż cały taki mobilny przetwornik).

    Ale czy brzmi wystarczająco dobrze, żeby różnica była irrelewantna dla 99.9% ludzi?

    10/10 – i nie ujmuję ani punktu, bo to jest warte każdej złotówki.

    P.S. Biorę dwa. Jeden do słuchania, drugi na wszelki wypadek, gdyby ten „chiński” cud przestał działać. Za 96 dolarów mam redundancję przez miesiąc z resztą, a Vivaldi takiej nie ma.