Droższe głośniki? Czyli jak producenci sprzedają Wam pudła pełne powietrza i marzeń

Witajcie w krainie audofilskich bajek

Pozwólcie, że opowiem wam historię. Historię o tym, jak przemysł audio przekonał ludzkość, że im więcej zapłacisz, tym lepiej będzie brzmiało. To piękna baśń, naprawdę. Prawie tak piękna jak ta o tym, że SUV-y są bezpieczniejsze, albo że kawa za 8 dolarów smakuje lepiej, bo barista ma brodę i tatuaże.

Wyobraźcie sobie typowy salon audio. Wysoki sufit, drewniane panele, sprzedawca w sweterku, który wygląda jakby właśnie wrócił z wykładu o fenomenologii dźwięku w przestrzeni kwantowej. Pokazuje wam głośniki za 3,700 dolarów. „To ELAC Vela 404.2” – mówi z taką czcią, jakby przedstawiał wam papieża. „Air motion transformer tweeter, precyzyjnie wykonany woofer, wykończenie jak fortepian koncertowy.”

I rzeczywiście – wygląda jak milion dolarów. Połyskujące, eleganckie, ciężkie. Możecie się w nich przeglądać. Pewnie za te pieniądze moglibyście też kupić używane porsche, ale hej, to tylko transport, a te głośniki… te głośniki to SZTUKA.

A potem przychodzi facet z mikrofonem

No więc przychodzi taki gość – nazwijmy go Danny – który ma tę okropną manię robienia pomiarów. Wie, ten typ faceta, który psuje wszystkim zabawę, sprawdzając składniki w restauracji z gwiazdką Michelin. Podłącza swój sprzęt pomiarowy do tych pięknych, drogich, luksusowych głośników i…

O kurczę.

Wyobraźcie sobie, że kupiliście Ferrari, a po otwarciu maski okazuje się, że silnik jest z Fiata Punto. Tak, ma ładne lakierowanie. Tak, ma skórzane siedzenia. Ale silnik? Silnik to żart.

Te głośniki za $3,700 mają przetworniki pracujące 90 stopni poza fazą. Co to znaczy w praktyce? To tak jakby w waszej orkiestrze symfonicznej połowa muzyków grała pół taktu za późno. Efekt? Dziura w dźwięku wielkości Grand Canyonu dokładnie tam, gdzie powinno być wszystko najpiękniejsze.

Marketing kontra rzeczywistość – starcie tytanów intelektu

Ależ oni mają czelność! W folderze reklamowym piszą o „precyzyjnie zsynchronizowanych przetwornikach” i „koherentnej scenie dźwiękowej”. To jak sprzedawanie samochodu z napisem „4 koła – gwarantujemy, że się toczą!”

Tweeter w tym ELAC-u? Ma z tyłu stalową płytę zamiast komory powietrznej. Wiecie dlaczego? Bo to tańsze! Czyli wzięli najtańszy możliwy element, który wygląda fancy (bo hej, to nie zwykły tweeter kopułkowy, to AIR MOTION TRANSFORMER – brzmi jak coś z Star Treka!), ale zaprojektowali go tak, żeby nie mógł zagrać porządnie niskich częstotliwości.

A crossover? Serce każdego głośnika, miejsce gdzie magia się dzieje? Tanie kondensatory i cewki wartości około 50 dolarów. W głośnikach za prawie cztery tysiące. To jakby kupić Rolls-Royce’a i odkryć, że ma w środku radio z ciężarówki.

Ale czekajcie, jest jeszcze lepiej!

Teraz pozwólcie, że przedstawię wam Salk Sound Velocity ST Monitor. $4,400. Cztery tysiące czterysta dolarów amerykańskich. Za tę cenę moglibyście kupić przyzwoity samochód. Albo lecieć do Tajlandii i zostać tam miesiąc.

Te głośniki są jeszcze bardziej zabawne, bo pochodzą od producenta, który słynie z najlepszych obudów w branży. Piękne, ciężkie, masywne. Jak meble z wystawy designerskiej. Sprzedawca w salonie opowie wam godzinami o ręcznie wypolerowanym fornirze i precyzyjnie wyciętych portach.

Tylko że gdy Danny podłączył mikrofon i zrobił pomiary, okazało się, że ten piękny, frontowy port działa jak radar. Wiecie co wykrył? Masywny, ohydny rezonans na 1500 Hz, który dzwoni i dzwoni jak dzwon kościelny w Wielkanoc.

Eksperyment z filcem, czyli jak za 2 dolary naprawić głośnik za 4,400

Więc Danny, będąc typem gościa, który nie może usiedzieć spokojnie, wziął kawałek filcu – tego materiału, z którego robi się kapcie – i zatkał port.

I co się stało?

Cuda i miody! Pomiary spektralne pokazały dramatyczną poprawę. Ten obrzydliwy rezonans zniknął jak kamfora. Czyli facet za pomocą filca wartego może 2 dolary naprawił fundamentalny błąd projektowy w głośniku za 4,400 dolarów.

Dajcie to sobie na moment zatonąć. Producent, który bierze od was prawie 4,500 dolców, nie zadał sobie trudu, żeby zmierzyć własny produkt i zauważyć, że port frontowy generuje hałas jak chrapanie teścia po świątecznym obiedzie.

Ale przecież wyglądają tak drogio!

Oczywiście wyglądają! To cała zabawa! Producenci wiedzą, że większość ludzi kupuje uszami… znaczy się, oczami.

Wchodzicie do salonu, a tam stoi coś co wygląda jak rzeźba z galerii sztuki nowoczesnej. Połyskuje. Jest ciężkie. Ma „air motion transformer” (który kosztuje w produkcji około 15 dolarów, ale psst, tego wam nie powiedzą). Ma „precyzyjnie wykonany woofer” (który ma breakup membrany jak nastolatek ma trądzik, ale hej, wygląda solidnie!).

Mają magnetyczne grille – bo kto potrzebuje zwykłych plastikowych klipsów jak biedaki? Mają wykończenie fortepianowe – bo każdy wie, że jeśli coś jest błyszczące, to MUSI brzmieć lepiej, prawda?

W środku? Śmiech na sali

Ale zajrzyjmy do środka. Och, zajrzyjmy do środka tych cudów inżynierii!

Crossover w ELAC-u? Tanie kondensatory, budżetowe cewki, okablowanie, które prawdopodobnie kosztowało w hurtowni 3 dolary za metr. To jakby kupić luksusowy zegarek i odkryć, że w środku tyka mechanizm z Casio.

W Salku? Trochę lepiej – przynajmniej użyli przyzwoitych kondensatorów. Ale impedancja spada do 2,7 oma! Wiecie co to znaczy? To znaczy, że wasz wzmacniacz będzie się męczył jak osiemdziesięciolatek na maratonie. Każdy przyzwoity projektant wie, że to trzeba zbalansować. Ale hej, po co się starać, jak ludzie i tak kupią, bo to ładne?

Ale firma zatrudniła słynnego projektanta!

Och, to moja ulubiona część! ELAC kiedyś zatrudnił Andrew Jonesa – faceta, który naprawdę wie co robi. I wiecie co? Jego projekty mierzyły się świetnie! Były dobrze zaprojektowane. Miały sens.

Ale najwyraźniej w którymś momencie ktoś w zarządzie pomyślał: „Hmmm, ten Jones chce za dużo kasy. Może po prostu znajdziemy kogoś tańszego? Przecież ludzie kupują bo to ELAC, nie sprawdzą!”

I tak ten model, Vela 404.2, wygląda jakby projektował go stażysta, który właśnie odkrył jak używać kalkulatora crossoverów z darmowej strony internetowej. Przetworniki 90 stopni poza fazą! To nie jest błąd, to jest TALENT, żeby coś tak spieprzyć.

Sprzedawcy i ich bajeczki

A najlepsze są sprzedawcy w tych salonach audio! Opowiadają wam o „ciepłym, analogowym brzmieniu” (co tak naprawdę znaczy: mamy dziurę w odpowiedzi częstotliwościowej). O „przestrzennej scenie dźwiękowej” (przetworniki są poza fazą). O „muzykalnym charakterze” (rezonanse dzwonią jak święta Teresa).

„Te głośniki muszą się wgrać przez 200 godzin!” – mówią. Naprawdę? Bo może po prostu są źle zaprojektowane? „To zależy od przewodów!” – dodają. Aha, czyli przewody za 500 dolarów naprawią dziurę w odpowiedzi częstotliwościowej? To jakby twierdzić, że lepsze obuwie naprawi ci złamane nogi.

Prawdziwa zabawa: im drożej, tym gorzej

I tu jest najlepsze. Danny opowiada, że widział głośniki Eggleston Works – super drogie, ultra luksusowe. „Kompletny bałagan jeśli chodzi o crossover” – mówi. Czyli płacisz cenę małego samochodu i dostajesz projektowanie na poziomie amatorskiego zestawu z hipermarketu.

To nie jest wyjątek. To jest norma w branży. Bo producenci wiedzą, że ludzie:

  1. Nie mierzą
  2. Nie wiedzą jak mierzyć
  3. Nie wiedzą co mierzyć
  4. Zakochują się w wyglądzie i marketingu

Więc po co się starać? Po co zatrudniać drogiego projektanta, który spędzi 200 godzin na pomiarach i dostrajaniu? Po co używać kondensatorów za 100 dolarów, jak te za 5 dolarów wyglądają tak samo? Nikt nie sprawdzi!

Historia o Jimie Salku, czyli jak być dobrym stolarzem i kiepskim akustykiem

Jim Salk to świetny gość. Robił absolutnie najpiękniejsze obudowy w branży. Jakby meble z wystawy MoMA. Ciężkie, solidne, precyzyjne. Prawdziwe dzieła sztuki stolarskiej.

Ale wiecie co? Gdy Danny zaproponował mu pomoc w projektowaniu crossoverów, Jim zapytał: „Ile będziesz chciał?”

„Procent od sprzedaży” – odpowiedział Danny.

„Nie, dzięki. Dennis robi mi to za darmo.”

I tu jest morał bajki, dzieci. Czasami to co dostajemy za darmo, jest warte dokładnie tyle, ile za to płacimy. Dennis projektował za darmo, więc nikt nie sprawdzał czy te projekty są dobre. Rezultat? Głośniki za 4,400 dolców z rezonansem, który słychać w następnym pokoju.

Jim zrobił karierę, sprzedał tony głośników, przeszedł na emeryturę. Dobrze mu się wiedzie. Ale ci wszyscy ludzie, którzy zapłacili fortunę za piękne pudła z kiepską akustyką? Cóż…

Waterfall plot, czyli wykres który rujnuje marzenia

Jest taki pomiar zwany „spectral decay” albo „waterfall plot”. To najbardziej brutalna prawda jaką możecie poznać o głośniku. Pokazuje nie tylko co gra, ale jak długo to gra po tym jak powinno już przestać.

Wyobraźcie sobie, że słuchacie perkusji. BUM – uderza werbel. Powinien zabrzmieć raz i zamilknąć. Ale w Salku, przez ten pieprzone rezonans z portu, werbel brzmi raz, a potem jeszcze przez pół sekundy słyszycie MMMMMMMM, to dzwonienie które nie ma prawa tam być.

I wiecie co jest najśmieszniejsze? Producenci gadają bez końca o „zniekształceniach harmonicznych na poziomie 0,0001%” i „super czystych silnikach przetworników”. A potem masz rezonans który jest dziesięciokrotnie bardziej słyszalny niż 10% zniekształceń!

To jak szwendać się po mieście z megafonem krzycząc „JESTEM BARDZO CICHY!”

Air Motion Transformer – czyli jak sprzedać taniocha

Każdy sprzedawca wam powie: „To nie zwykły tweeter kopułkowy! To AIR MOTION TRANSFORMER!” Mówią to tonem sugerującym, że właśnie pokazali wam zaawansowaną technologię kosmiczną.

Prawda? Te rzeczy kosztują w produkcji grosze. Danny zna firmy w Chinach które je produkują. Tanie jak barszcz. Ale wyglądają fancy, mają fajną nazwę, więc marketing działa.

Problem? Dają im stalową płytę z tyłu zamiast komory powietrznej. Dlaczego? Bo to tańsze i prostsze! Ale przez to tweeter nie może zagrać tak nisko jak powinien. Więc masz dziurę w odpowiedzi częstotliwościowej tam gdzie przetworniki powinny się spotykać.

Ale hej, wygląda cool! A przecież o to chodzi, prawda?

Crossover – miejsce gdzie umierają marzenia i portfele

Crossover to serce głośnika. To miejsce gdzie decyduje się czy wszystko będzie brzmiało jak anielski chór czy jak garażowa kapela po trzech piwach.

W głośnikach za 3,700 dolarów spodziewalibyście się kondensatorów premium, precyzyjnych cewek, wysokiej jakości rezystorów. Może nawet jakieś egzotyczne elementy z napisami po niemiecku, które wyglądają jakby mogły leczyć raka.

A co dostajesz? Kondensatory które widzisz w radioodbiornikach, cewki których używa się w lampach stojących, i okablowanie które prawdopodobnie znajdziecie w słuchawkach za 10 dolarów.

Całkowity koszt komponentów w crossoverze? Pewnie jakieś 50-80 dolarów. W głośniku za prawie cztery kafle. To matematyka której Wall Street by pozazdrościła.

„Ale to musi się wgrać!”

Och, kocham ten argument! „Te głośniki brzmią źle, bo są nowe. Muszą się wgrać przez 200 godzin!”

Nie. Po prostu nie.

Wiecie co się „wgrywa”? Wasze uszy. Przyzwyczajacie się do tego jak te głośniki brzmią. To jak związek z toksyczną osobą – na początku widzisz problemy, ale po paru miesiącach już ci się wydaje normalne.

Dziura w odpowiedzi częstotliwościowej nie zniknie po 200 godzinach grania. Rezonans nie przestanie dzwonić. Przetworniki nie wskoczą magicznie w fazę. Fizyka nie działa tak, że części elektroniczne „dojrzewają” jak dobre wino.

Ale hej, jeśli sprzedawca może was przekonać, żeby poczekać 200 godzin zanim zgłosicie reklamację, to ma 200 godzin żeby was przekonać, że wszystko jest w porządku.

Każdy słyszy inaczej – największa bzdura w historii

„Każdy słyszy inaczej, to kwestia preferencji!”

Nie.

Dziura w odpowiedzi częstotliwościowej to nie preferencja. To dziura, błąd i wada. Przetworniki 90 stopni poza fazą to nie preferencja. To katastrofa projektowa.

Owszem, ktoś może preferować lekko podniesione basy albo delikatnie złagodzony szczyt. To jak preferować samochód z twardszym albo miększym zawieszeniem.

Ale nikt, absolutnie nikt, nie „preferuje” głośników które mają dziurę na 2000 Hz wielkości Grand Canyonu. To jak powiedzieć, że preferujesz samochód z kwadratowymi kołami. To nie jest styl, to jest usterka.

Co możemy z tym zrobić?

Danny naprawia te głośniki. Wymienia crossovery, dodaje przyzwoite komponenty, balansuje impedancję, poprawia sumowanie. I nagle głośnik za 3,700 dolarów brzmi jak powinien brzmieć głośnik za 3,700 dolarów.

Czasami wymiana kondensatorów za łącznie 200 dolarów daje lepsze rezultaty niż kupno nowego modelu za podwójną cenę.

Ale to mówi wam wszystko o tej branży, prawda? Że facet może naprawić za 200 dolców to, czego producent nie zadał sobie trudu zrobić dobrze za pierwszym razem.

Morał tej historii

Droższe nie znaczy lepsze. Często znaczy tylko: lepszy marketing, ładniejsze pudło, i sprzedawca w droższym sweterku.

Prawdziwa jakość leży w:

  • Kompetentnym projekcie
  • Pomiarach, pomiarach, pomiarach
  • Przyzwoitych komponentach
  • Daniu sobie kurwa trudu żeby coś zrobić dobrze

Ale to wymaga czasu, wiedzy, i ludzi którzy wiedzą co robią. A to kosztuje. Więc zamiast tego przemysł woli zatrudnić marketing, napompować ceny, zrobić pudło które wygląda jak rzeźba, i liczyć na to, że nikt nie zmierzy.

I wiecie co? Przez lata to działało. Bo ludzie nie mierzyli.

Ale teraz są faceci jak Danny z mikrofonem. I powoli, ale systematycznie, rujnują tę piękną bajkę.

Więc następnym razem jak sprzedawca pokaże wam głośniki za 4,000 dolarów i zacznie opowiadać o „koherentnej scenie dźwiękowej” i „muzykalnym charakterze”, zapytajcie go: „A mierzył Pan to? Mogę zobaczyć waterfall plot? Jaka jest impedancja? Czy przetworniki sumują się w fazie?”

Szanse są, że zobaczycie panikę w jego oczach. I wtedy wiedzcie – właśnie uniknęliście wydania fortuny na piękne pudło pełne powietrza, marzeń, i tanich kondensatorów.

Koniec felietonu. Teraz idę posłuchać muzyki na głośnikach które kosztowały mniej, a brzmią lepiej. Bo tak to czasami bywa w tym dziwnym świecie audio.

Dodaj komentarz