Miłośnicy winyla, przyjaciele czystego dźwięku, wyznawcy analogowej religii – siadajcie, bo mam dla was wiadomość, która zwali was z nóg skuteczniej niż zły pressing „Dark Side of the Moon”. Otóż okazuje się, że sześciu na dziesięciu z was, guru od złotych uszu, nie potrafi odróżnić gramofonu za siedemdziesiąt osiem dolarów od maszyny, która kosztuje pół miliona.
Pół. Miliona. Dolarów.
To kwota, za którą można kupić mieszkanie. Może i małe, owszem, ale jednak. Można też kupić samochód. Porządny albo dziesięć. Albo wysłać trójkę dzieci na studia. Ale nie – ktoś wolał kupić gramofon, który brzmi dokładnie tak samo jak gratka z pchlego targu za cenę obiadu w barze mlecznym.
Wielki eksperyment, czyli jak upokorzono złote uszy
Historia jest prosta jak budowa cepa. W 2022 roku pewien człowiek o pseudonimie M. Zillch (już samo to „m.” sugeruje, że mamy do czynienia z kimś, kto lubi komplikować proste sprawy) postanowił sprawdzić, czy audiofile rzeczywiście słyszą to, o czym tak chętnie opowiadają na forach internetowych. Wziął nagranie z TechDAS Air Force Zero – gramofonu, którego nazwa brzmi jak japońska wersja Top Gun – i porównał je z nagraniem ze swojego skromnego Acoustic Research AR-XA, vintage’owego cacka wartego mniej niż dobra butelka whisky.
Rezultat?
58,3% słuchaczy wskazało ten droższy gramofon jako gorszy.
Wyobraźcie sobie tę scenę: sześćdziesiąt osób, prawdopodobnie w słuchawkach za tysiąc dolarów na stronę, złote uszy, albo skupionych nad monitorami studyjnymi, słuchających „50 Ways to Leave Your Lover” Paula Simona (bo oczywiście, nic tak nie testuje sprzętu jak przebój z lat 70.), analizujących każdy szmer, każde westchnienie analogowej igły w rowku… i obstawiających źle. Jakby ktoś poprosił sommeliera o rozróżnienie Château Margaux od wina w kartonie i dostał odpowiedź: „To z kartonu ma wyrafinowansze taniny”.
Anatomia iluzji
Tutaj zaczyna się prawdziwa zabawa. Bo okazuje się, że oba gramofony – ten za $78 i ten za $450,000 – działają na tej samej zasadzie. Obie mają floating sub-chassis (nie pytajcie, co to znaczy, bo ja też nie wiem, ale brzmi imponująco). Obie używają pasków napędowych, obie mają ciężkie talerzyki, obie są manualne.
Innymi słowy: jeden jest jak Mercedes klasy S, a drugi jak stara skoda – ale obie mają cztery koła, kierownicę i jeżdżą do przodu.
Różnica? Mercedes ma podgrzewane siedzenia, asystenta pasa ruchu i logo, które kosztuje więcej niż cała felicia. A czy dojedziecie szybciej? W korku na Alejach Jerozolimskich?
Cyfrowa herezja w analogowym świecie
Najlepsze jest jednak to, że cały ten teatr z winylem, cała ta religia czystego analogu, kończy się… cyfrowym nagraniem. Bo żeby porównać oba gramofony, trzeba było przecież nagrać ich brzmienie. Cyfrowo. W 96 kHz/24-bit, owszem, ale jednak cyfrowo. To trochę jak organizować wegetariańskie safari – idea szlachetna, realizacja komiczna.
A poza tym – uwaga, to was zaboli – większość winyli od lat 90. powstaje z nagrań cyfrowych. Nawet te z magicznym znaczkiem AAA (czyli rzekomo w 100% analogowe) przechodzą przez cyfrowo sterowane wycinarki. Całe to „ciepło analogu”, o którym tyle się mówi, to w praktyce ciepło nostalgii podgrzanej w mikrofalówce.
Cesarska garderoba z igłą gramofonową
Bo o co tu naprawdę chodzi? O dźwięk? Proszę was. Tu chodzi o to samo, o co zawsze chodziło ludziom kupującym rzeczy za absurdalne pieniądze: o opowieść. O możliwość powiedzenia „mam gramofon za pół miliona”. O przynależność do klubu tych, którzy rozumieją. O iluzję, że skoro zapłaciłem krocie, to na pewno słyszę więcej niż wy, prostaczkowie ze swoimi elektrycznymi gramofonami z Allegro.
Tyle że – jak pokazał test – nie słyszycie. Statystycznie rzecz biorąc, słyszycie tyle samo albo mniej. Bo wasz mózg, ten przebiegły drań, podpowiada wam: „Zapłaciłeś fortunę, więc na pewno to brzmi lepiej”. I słyszycie lepiej. Jak ten cesarz w nowych szatach – maszerujecie dumnie nago, ale jesteście przekonani, że wasza jedwabna szata lśni w słońcu.
Morał? Morał jest prosty
Nie, ten test nie udowodnił, że tani gramofon to to samo co drogi. Udowodnił coś znacznie ważniejszego: że większość z nas nie słyszy tego, co myśli, że słyszy. Że nasze uszy są demokratyczne – nie słuchają portfela. Że złote uszy to najczęściej pozłacana blaszka.
I że w świecie, gdzie ludzie płacą pół miliona za rzecz, której nie potrafią odróżnić od siedemdziesięcioosmoodolarowej – problem nie jest w sprzęcie. Problem jest w ludziach.
Ale spokojnie, drodzy audiofile. Wasz sekret jest bezpieczny. Większość z was i tak nigdy nie zrobi ślepego testu. Bo po co? Wiecie, że brzmi lepiej. Słyszycie to. Każdego dnia.
No właśnie – „słyszycie”.
P.S. Test jest nadal dostępny na AVS Forum. Możecie go sami spróbować. Jeśli macie odwagę, a poniżej bonus: