Albo: Dlaczego 14 elementów w zwrotnicy to dokładnie to, przed czym Matarazzo ostrzegał
Siedzę z dwoma tekstami przed sobą. Po lewej: transkrypcja wideo Danny’ego z GR Research, który przez 25 minut tłumaczy, dlaczego głośnik pełnopasmowy Tang Band W8-1772 wymaga czternastu elementów korekcyjnych – pięciu cewek, czterech kondensatorów, pięciu rezystorów – żeby „w końcu zagrał jak należy”.
Po prawej: felieton o Giampiero Matarazzo, który wyrzucił do kosza profesjonalną zwrotnicę czwartego rzędu Linkwitz-Riley, bo muzyka brzmiała jak zamknięta w pudełku. Zastąpił ją prostym filtrem pierwszego rzędu – charakterystyka z garbami i dolinami, chaos na wykresie impedancji. „To by przeraziło większość dzisiejszych inżynierów„, mówi spokojnie. Ale muzyka ożyła.
I nagle widzę to jasno: Danny i Matarazzo patrzą na ten sam świat z dwóch przeciwnych stron barykady. Danny reprezentuje dokładnie ten typ myślenia inżynierskiego, przed którym Matarazzo ostrzega przez cały wywiad. Ten typ myślenia, który zabija muzykę w imię wykresu po prostu.
Wyobraź sobie, że stoisz w salonie audio hi-fi, przyglądając się parze kolumn podłogowych za dwadzieścia pięć tysięcy złotych. Sprzedawca z entuzjazmem opowiada o skandynawskich driverach, precyzyjnie dopasowanej zwrotnicy i fornirze z egzotycznego drewna. To wszystko prawda – ale jest jeszcze jedna prawda, o której nikt ci nie powie: z tych dwudziestu pięciu tysięcy, które masz zapłacić, zaledwie jedna trzecia, może jedna czwarta, trafia rzeczywiście na koszt produkcji samych kolumn. Reszta? Marża dystrybutora, marża dealera, koszty marketingu, wynagrodzenie sprzedawcy, koszty utrzymania salonów w prestiżowych lokalizacjach, a czasem po prostu gigantyczna premia za markę.
Nie twierdzę, że wszystkie drogie kolumny są przereklamowane, ale istnieje inna droga, która pozwala ominąć całą tę strukturę pośredników i zbudować kolumny o jakości dorównującej lub przewyższającej komercyjne modele za ułamek ceny. Ta droga to projekty DIY – Do It Yourself. I nie, nie musisz być inżynierem akustyki ani mistrzem stolarskim, żeby to zrealizować. Musisz tylko wiedzieć, gdzie szukać dobrych projektów i komu zlecić wykonanie obudów.
Polska scena audiofilska i stolarstwa audio rozwinęła się w ostatnich latach w sposób niemal niewidzialny dla masowego odbiorcy. Podczas gdy wielkie marki pompują miliony w reklamę i budowanie sieci dystrybucji, w małych warsztatach od Trzebini po Szczecin powstają obudowy kolumn, które jakością wykończenia i precyzją wykonania dorównują najlepszym światowym producentom. Te manufaktury, często jednoosobowe lub rodzinne firmy, nie mają budżetów na reklamę. Nie znajdziesz ich produktów w galeriach handlowych. Pracują głównie na zlecenie – dla audiofilów, którzy wiedzą czego szukają, i dla entuzjastów DIY, którzy przysyłają własne projekty z prośbą o wykonanie obudowy.
Ekonomia tego przedsięwzięcia jest prosta i brutalnie uczciwa: za około trzech do sześciu tysięcy złotych możesz zbudować parę kolumn, która będzie brzmiała jak komercyjny model za dwadzieścia pięć tysięcy. Różnica? Ty płacisz tylko za rzeczywistą wartość: materiały, pracę stolarza, drivery i podzespoły zwrotnicy. Nie płacisz za piramidę pośredników, nie finansujesz kampanii reklamowych ani wynajmu salonów przy Nowym Świecie.